Kategorie:
Nowiny
Ze Świata
Z Polski
Z Australii
Polonijne
Nauka
Religia
 

Archiwum:

Reklama:

 
29 kwietnia 2009
Wspomnienia laureatki festiwalowego konkursu (1)
Krystyna Burkiewicz, foto Puls Polonii

Laureatki: (od prawej) Krystyna i Natalia
Droga Redakcjo Pulsu Polonii. Po raz trzeci podchodzę do komputera, by choć w kilku zdaniach opisać wrażenia festiwalowe , którymi ciągle żyję. Niestety , do tej pory nie udało mi się sklecić nawet jednego mądrego zdania. To straszne uczucie mieć zupełną pustkę w głowie. Od dwóch tygodni walczę z paskudną grypą ,której ciągłe nawroty osłabiły organizm niemiłosiernie. Dosłownie zwaliły z nóg. Po solidnej serii antybiotyków nareszcie mogę znów główkować jako tako. Poczułam się lepiej. Powraca apetyt i wola życia.

Na kilka tygodni przed K’Ozzie Fest zadzwoniła do mnie koleżanka Krysieńka i zapytała, czy wiem o konkursie graficznym “ Sir Edmund Strzelecki and his team - achieving together”. Nic nie wiem kochana i nie myślę , że podołam pędzlem w tym trudnym temacie, odrzekłam. Wiem tylko, ze Sir Edmund Strzelecki był wielkim polskim podróżnikiem i że odkrył w Australii najwyższą górę i nazwał ją imieniem Kościuszki. Czyli wiesz dużo Krycha, odpowiedziała moja przyjaciółka. Pomyśl o tym i bierz się dziarsko do roboty, nakazała.Czasu masz już niewiele.

Po skończonej rozmowie szybko weszłam na Puls i poczytałam dokładnie o zasadach konkursu. Poczytałam też o tym jakże wielkim, zasłużonym Polaku Strzeleckim. Bardzo mi się spodobało to wszystko. Postanowiłam więc, że wezmę udział w konkursie. Niepewna jednak swoich możliwości, zadzwoniłam do redakcji Pulsu Polonii i o swoich zamierzeniach porozmawiałam z Ernestyną Skurjat Kozek. Pokazałam też jej moją internetową galerię, by upewnić się, czy jestem godną konkurowania z innymi artystami: przecież moje malarstwo jest rozkazem z Nieba, a rozkaz przyszedł zaledwie trzy lata temu. Nigdy do tej pory nie eksponowałam moich prac publicznie, więc stąd tyle niepewności a nawet lęku.

Oczywiście Ernestyna z radością zaprosiła mnie do wzięcia udziału nie tylko w samym konkursie, ale również udziału w K’Ozzie Fest w Jindabyne i Cooma. Krycha - artycha zakasała więc rękawy i od razu przystąpiła do malowania swojego dzieła. Zajęło mi to kilka nocy, by na płótnie pojawił się duch Kościuszki na koniku , Sir Strzelecki i jego towarzysze wyprawy; wszystko to oczywiście na tle najwyższego australijskiego szczytu i dywanie śnieżnych stokrotek.


Dyplom - nagrodę konsula generalnego R. Sarkowicza odbiera Krystyna z rąk I Radcy Ambasady RP, Witolda Krzesińskiego


Kiedy uznałam malowidło za skończone, natychmiast przekazałam do redakcji Pulsu i starałam się nawet nie myśleć o nim wiecej. Co będzie to będzie! Najważniejsze, że wzięłam udział w konkursie, który jest pierwszą cudowną przygodą w moim artystycznym życiu. Teraz tylko rozmyślałam o wyprawie w śnieżne góry. O Boże! Ja nie pamiętam, kiedy ostatnio tak daleko jechałam. Od wielu lat zamknęłam się w ciasnym kąciku, gdzie uparcie tworzę , malując uczucia człowieka, kwiaty, ptaki, ludzi, i wszystko co uznaję za istotne , za ważne uwiecznienia na płótnie. Tak, ja jestem w wielkim transie artystycznym , który niesamowicie uzależnił mnie od pędzla i płótna i prawie odciął od normalności życia.

Nagle uświadomiłam sobie , że taka izolacja od świata zewnętrznego może mieć widoczne odbicie w moim sposobie bycia, zachowaniu, a nawet akceptacji wśród swoich. Przeraziłam się. Czas wyjazdu zbliżał się, a ja pełna obaw, pytań, niepewności…. Co to będzie, jak to będzie?! O Boże! Jechać, nie jechać, rozważałam z bólem głowy. A ten ohydny ból głowy był pierwszym symptomem grypy, z którą w końcu wyruszyłam do Jindabyne.

Atmosfera festiwalowa dała sie odczuć już w momencie, gdy na moje podwórko zajechał młody Łukasz z Asią. Uśmiechnięci i radośni z zapałem pakowali moje obrazy do samochodu. Zanim zapakowali jeszcze mnie na tylne poszycie, zapoznaliśmy się uroczyście niedżwiedzimi uściskami. Był też bezalkoholowy brudzio. Uśmialiśmy się wesoło, gdy Łukasz zapewnił mojego męża, że Krychę-Artychę dowiezie na festiwal całą i zdrową i niech Romek będzie o mnie spokojny. Wyruszyliśmy więc w długą drogę. Nie czułam się najlepiej. Łukasz i Asia widzieli to. Ci młodzi ludzie są naprawdę wspaniali. Okazali mi tyle troski , opieki , delikatności. Pokochałam ich całym moim sercem. Asiu i Łukaszu , mogę być Wasza babcią do końca życia, jeśli tylko taką babcię chcecie. Wydaje mi się, jakbym znała Was od urodzenia. Dziekuję Wam .


Łukasz Karpiński z Asią i Tygodnikiem Polskim przy stoisku Pulsu Polonii

Muszę też podziękować Łukaszowi za bardzo opanowaną jazdę. Kiedy jakaś kobita z naprzeciwka bezmyślnie wymijała na dwupasmowej drodze i sekundy dzieliły nas od czołowego zderzenia (ponad 100km /h), nasz cudowny młody kierowca zjechał natychmiast na pobocze i w ten sposób uratował nas przed wypadkiem. Całe szczęscie, że na poboczu nie było słupków i drzew, bo na festiwalu nieobecność nasza byłaby pewna. Panu Bogu niech będą dzięki!! Ja właściwie całą drogę rozmyślałam o różnych sprawach, a także podsłuchiwałam Łukasza i Asię gdy wspominali swoje studenckie przygody, gaworząc wesoło. Czas podróży dobiegał końca.

Od pierwszych chwilek po przyjeżdzie miałam uczucie, jakbym przyjechała do polskiego górskiego miasteczka. Na każdym kroku słychać nasz rodzinny język. Atmosfera niesamowicie polska, szczególnie w Memorial Hall , gdzie wielu rodaków z wielkim poświęceniem dekorowało salę na galowe występy artystów i oficjalne otwarcie K’Ozzie Fest. Z wielkim zainteresowaniem rozglądałam się po wielkiej sali, której sciany obłożone były pięknymi pracami uczestników konkursu. Oj sporo tego tutaj, pomyślałam. Widać, że zainteresowanie konkursem było niesamowicie duże. Nie mogłam doszukać się jednak mojego obrazu. Ech , pomyślałam, może zapomnieli dostarczyć. Poczułam się bardzo zmęczona, więc usiadłam. Przyglądałam się z podziwem krzątaninie na sali napełnionej po brzegi duchem Polskości. Panie i panowie w pośpiechu zawieszali, ustawiali, zmieniali, dyskutowali, by wszystko było tak jak należy, by nic nie zostało pominięte. Na twarzach pracujących Rodaków widziałam wielkie zatroskanie i bardzo wielkie zaangażowanie.

Już w pierwszych chwilach dowiedziałam się, że pani Ela Cesarska , pani Urszula, pan Strzelecki, pani Walczakowa, wielmożny w moich oczach pan Andrzej Kozek i inni oddani sprawie festiwalowej działacze społeczni zapinają przygotowania sali na ostatni guzik. A gwarno na tej sali jak w ulu. Mogłabym tak długo jeszcze siedzieć i obserwować ten cudowny rajbas ale usłyszałam za plecami miły , niegdyś radiowy głos. To Ernestyna powitała mnie ciepłymi słowami, zadowolona, że szcześliwie dotarliśmy , i że jesteśmy. Zauważyła, że jestem chora więc wprost nakazała natychmiastowe walnięcie do łóżka i galopującą kurację . Przywiozła mnie do schroniska i opatuliła chyba dziesięcioma kocami , poklepała i rozkazała wyzdrowieć do jutra. Coś jeszcze mówiąc, zniknęła za drzwiami pokoju. Musiałam być naprawdę padnięta, bo zasnęłam w ciągu sekundy. Obudził mnie zatroskany głos Andrzeja Kozka, który stwierdził, że bez Nurofenu ból gardła nie ustąpi. Nie wiem gdzie on to zdobył. Pojechał gdzieś w nocy i wrócił z lekarstwem. Podali mi końską dawkę i faktycznie od razu poczułam się lepiej. Wiedziałam, że w ich opiece będę OK. Wspaniali ludzie, którym nigdy tego nie zapomnę.

Muszę wyznać, żę tej nocy troszeczkę przysłuchiwałam się wielkiej debacie organizatorów festiwalu, która odbyła się bardzo póżno po ich powrocie z Memorial Hall. Z saloniku z buzującym kominkiem dochodziły do mnie głosy o różnej tonacji. Rozmawiali o zawiłych problemach , trudnościach w zdobywaniu funduszy na festiwal, radościach, a także planach na przyszłość. Stwierdziłam , że zorganizowanie tak wielkiej imprezy jak K’Ozzie Fest jest naprawdę dużym, kosztownym przedsięwzięciem, pełnym niespodzianek , ciężkiej pracy umysłowej i fizycznej. Oni naprawdę mają wiele powodów, by się martwić, ale mają też wiele powodów, by się cieszyć. Przecież K’Ozzie Fest ma za zadanie przybliżyć do siebie wiele kultur. a przede wszystkim wzmocnić wśród Australijczyków imię naszego wielkiego Polaka - Sir Edmunda Strzeleckiego oraz zdobytej przez Niego najwyższej góry w Australii, góry , która nosi imię wielkiego Polaka, Gen. Tadeusza Kościuszki.


Idol Krystyny, Krzysztof Małek otrzymuje namalowany przez nią obraz pt "Pianista"

Wiedziałam, że jutro usłyszę głosy zaproszonych osobistości z urzędu miasta Jindabyne i Cooma. Bedą mówić na temat festiwalu, o jego powadze i ważności oraz usłyszę co myślą o tej cudownej, polskiej, corocznej imprezie w śnieżnych górach sami Aborygeni , tradycyjni właściciele rejonu Monaro. A my Polacy, uczestnicy festiwalu, uczcimy i ozdobimy każdą minutę tego wydarzenia. Pokażemy jak bardzo bliskie naszym sercom jest miejsce, gdzie do historii zapisane zostało imię wielkiego odkrywcy Polaka.


Nasz przystojny Darek
Tak więc od wczesnego sobotniego ranka wielkie poruszenie i emocjonalny pośpiech w naszym schronisku. Panie oczywiście z babskiej natury muszą wyglądać swieżo i pięknie. Wszystkie więc pacykowałyśmy się z dużym namaszczeniem. Szczególnie dla nas Polek dobra prezencja jest bardzo ważna. Tym bardziej ,że na uroczystym otwarciu będzie pan Radca Witold Krzesiński , będzie przystojny Dariusz Paczyński, mój idol Krzysiu Małek, będzie Andrzej Komorowski, będą Aborygeni i inni ważni ,zaproszeni goście. Musimy jakoś wyglądać do licha nawet po nieprzespanej nocy. Wspaniała Krysta Strzelecka była świeża,uśmiechnięta i radosna , widać gotowa do wielkiej celebracji festiwalu. Choć nie mówi po polsku, widziałam w niej genetyczną Polkę. Bardzo polubiłam Krystę jak również jej przemiłą siostrę, towarzyszkę podróży.

O nie! Nie mogę ominąć super-humorystycznej scenki z Ernestyną w roli głównej. Na samo wspomnienie brzuch mi podskakuje ze śmiechu. Jako obserwatorka z natury spostrzegłam, że pod poduszką Ernestyny jest wielki budzik. Pomyślałam, że jak mają budzik to na pewno obudzą się na czas. Wiedziałam , że Ernestyna musi rano być pod kinem, by rozdawać ludziom ulotki, zawierające korektę historyczną do filmu o Strzeleckim. Nie wiedziałam dokładnie o której. Jako pierwsza obudzona bez budzika, na paluszkach wyszłam z naszej schroniskowej sypialni do kuchni. Posiedziałam z koleżanką Elusią przy kawce i po dobrej godzinie zajrzałam do pokoju, gdzie oni jeszcze ciągle spali. Prawie nie oddychając wyciągałam aksesoria do porannej toalety z torby i nagle dostałam konwulsyjnego napadu kaszlu. Tym sposobem wybudziłam z głębokiego snu państwa Kozków. Pierwsza z łóżka wyskoczyła Ernestyna i spod poduszki wyciągnęła budzik. O Boże!!! To ta godzina naprawdę?! Chyba mój wariat-budzik nie dzwonił! Przecież ja zaraz muszę być pod kinem. To jest bardzo ważne dla mnie, biadoliła.

W tym momencie nawet podziękowałam sobie za ten kaszel. Z dystansu widziałam tylko jak zmęczona Ernestyna lata z budzikiem w ręce. Ona chyba z tym budzikiem brała prysznic, z budzikiem robiła makijaż, z budzikiem piła kawkę i nagle zniknęła mi z oczu jak kamfora. Kiedy spytałam Łukasza, gdzie jest Ernestyna, odpowiedział krótko: pod kinem. W tym momencie dopadło mnie wiele pytań na temat tej kobiety. Wiedząc o dwóch bardzo bolesnych kontuzjach prawej ręki nie mogłam uwierzyć, że ma w sobie jeszcze tyle energii, entuzjazmu, poswięcenia i samodyscypliny, oraz wielkiego poczucia odpowiedzialności za całość imprezy. Wszystko u niej musi być correct politycznie, historycznie , społecznie, atmosferycznie.

Wszyscy wiemy kim była Adyna, ale czy naprawdę wiemy, kim jest dla nas Ernestyna? Dla mnie jest to postać kobiety - patriotki, dla której nic co polskie i ludzkie nie jest obce, dla której nie ma rzeczy niemożliwych dla dobrej sprawy.

CDN

Krystyna Burkiewicz


Krystyna i Bożena (po lewej) z aborygeńskimi tancerzami