Kategorie:
Nowiny
Ze Świata
Z Polski
Z Australii
Polonijne
Nauka
Religia
 

Archiwum:

Reklama:

 
28 kwietnia 2009
Chciałaby dusza do raju
Ernestyna Skurjat-Kozek. Foto Puls Polonii, Ela Cesarska, Zofia Manche

Krzysio i Ela pomagają przy wystawie
Chciałaby dusza do raju – czyli do pisania wspomnień – a tu rzeczywistość skrzeczy, trzeba bowiem festiwalowy demontaż doprowadzić do końca. Mam poczucie, że jeszcze nie uszłam z trzęsienia ziemi. Ponad tydzień minął od powrotu z Jindabyne, a tu ciągle kompletowanie wystaw oraz rekwizytów; niektóre bagaże zdrowo się poplątały, jako że do pakowania w Cooma doszło w szalonym galopie w czasie deszczu. Ale najgorszy etap całej przygody to buchalteria. Fundacja Kulturalna Pulsu Polonii musi za kilka dni dokonać rozliczenia, szbko zorganizować Annual Meeting i oddac papierzyska do Taxation Office. Dla dziennikarza zbieranie kwitków i dokumentów, sporządzanie rachunków to chyba takie samo piekło, jak dla księgowego pisanie wierszy.

Zostawiam więc na chwilę słupki, niechaj kilka godzin poczekają, a ja radośnie siadam do klawiatury, aby spisać wspomnienia z trzeciej edycji festiwalu kościuszkowskiego. Tradycyjnie na trasę wyruszyłam zmęczona ostatnią fazą przygotowań do festiwalu. Właściwa kołomyja rozpoczęła się bowiem już 10 marca, kiedy to jurorzy Grzesio Dąbrowa, Zbyszek Biłyk i Wojtek Pietranik ocenili prace nadesłane na konkurs graficzny i wydali werdykt. Kolejnym etapem było przygotowanie prac do drukarni i na wystawę.

Prace konkursowe oraz zdjęcia na wystawę fotograficzną wydrukował nam łaskawie nasz sponsor Sebastian Bandała z Xtreme Printing. Oprawianiem eksponatów zajęli się – ponosząc wszelkie koszta z tym związane – Elżbieta Cesarska i Krzysztof Gaweł. Wkrótce z pomocą pospieszyli Basia i Grzegorz Dąbrowa. Ta czwórka zajęła się nie tylko wystawami, ale też opracowała koncepcję dekoracji w czterech venues: w Memorial Hall i Parku Centennial (dwa wielkie gala concerts) oraz w Hotelu Horizons i sali parafialnej w Cooma (dwa prestiżowe recitale fortepianowe Krzysia Małka).

Sporo wcześniej, bo na początku lutego dostaliśmy od (anonimowego) św. Mikołaja wielki prezent w postaci mnóstwa ulotek, festiwalowych afiszów, ślicznych plakatów Małka i kilku kompletów komiksu - historyjki obrazkowej Adama Fiali o zdobyciu Góry Kościuszki, za którą to pracę Pan Adam dostał trzecią nagrodę w konkursie graficznym. Modlimy się, aby sanki św. Mikołaja przejechały za rok przez Australię ponownie. W czasie, kiedy dobre duszki rozwieszały nam plakaty po Sydney i Melbourne, student z Macquarie Łukasz Karpiński pomagał mi w drukowaniu i wysyłce setek zaproszeń do lokalnych notabli. Mieliśmy nadzieję, że z roku na rok coraz więcej VIPów zaszczyci nas swoją obecnością na festiwalowych imprezach. Owszem, liczba ta wzrasta, ale nie tak szybko, jakbyśmy chcieli.


Ela Cesarska montuje wystawę w Cooma Library...


... z wydatną pomocą Marysi Nowak

Gdyby nie pomoc Łukasza, nie mogłabym się skoncentrować na opracowaniu festiwalowej książki. Ze względu na rolę, jaką książka ma odegrać w Australii, postanowiliśmy opublikować zawarte w niej materiały po angielsku. No tak, ale część tych materiałów była po polsku i trzeba było je galopem tłumaczyć. Kiedy doby zrobiły się za krótkie, a rąk do pomocy było za mało, uprosiłam Pana Marcela Weylanda, aby pomógł z tłumaczeniem. Był łaskaw odłożyć swoją robotę na bok, żeby nam pomóc – jesteśmy dozgonnie za to wdzięczni! Tak więc w antologii znalazły się nie tylko teksty dotyczące spraw polsko-aborygeńskich, ale też kontrowersyjnej sprawy paszkwilu na Strzeleckiego. Kolejnym ważnym elementem antologii są reprodukcje konkursowych prac – nie tylko tych nagrodzonych, ale wszystkich, które nam się podobały.

Kiedy już materiały do antologii zostały zebrane „do kupy”, do akcji włączył się nasz od lat niezastąpiony Łukasz Świątek robiąc opracowanie graficzne i przygotowując elektroniczną wersję książki do druku. Pracowaliśmy dniami i nocami w nadziei, że zdążymy na czas. Pojawiła się jednak nieprzewidziana przeszkoda, która opóźniła druk książki. Otóż w ostatni dzień przed wyjazdem na festiwal próbowaliśmy doszlifować ostateczną wersję programu artystycznego. Masa artystów, masa tańców i piosenek do zaprezentowania w ciągu dwóch dni, już niby wersja ostateczna gotowa, a tu zalewają nas wnioski, żeby to i owo przesunąć. Jedna poprawka, niestety, pociąga za sobą lawinę zmian. I tak siedzimy i gramy na trzy „fortepiany” czyli klawiatury: Ulka w Avalon przy swoim komputrze, Łukasz Światek gdzieś w rejonach Castle Hill, ja zaś w zielonym Epping. Z Łukaszem Karpińskim drukujemy na domowej drukarce wersję piątą, szóstą, siódmą programu – a tu kolejne zmiany! Czy uda nam się w ciągu nocy wydrukować i pozszywać chociaż 500 kopii?

Koło 11 wieczorem wpadł Sebastian z pierwszą partią antologii. Zaproponował, żeby ostateczną wersję programu wydrukować jutro w jego zakładzie. Rzuci materiał na kilka maszyn, w krótkim czasie zrobi się dwa tysiące egzemplarzy. I tak to z powodu programu musieliśmy opóźnić druk antologii. Zaopatrzona w kartony z programem wyjechałam z drukarni o 2 po południu – a właśnie o tejże godzinie miałam być w Kanberze, aby zabrać naszego artystę Tadzia Szymańskiego. Kolejna partię antologii miał przywieźć do Jindabyne Zbyszek Słomowski w piątek. Tak więc z wielkim opóżnieniem wyruszyliśmy we czwartek 16 kwietnia z mężem na trasę. Miejsce w Berrima, gdzie tradycyjnie zbieram rydze i maślaki, było już niestety spowite w ciemnościach (na rydze załapałam się dopiero w drodze powrotnej).


Tego piątkowego wieczoru Pan Wiesio uraczył nas gorącymi kiełbaskami. Śliczne dzięki od Basi i Grzegorza i pozostałych głodomorów!


Pożywiają się dwie Ele: Cesarska i Grześkiewicz, w głębi Bogusia Filip

Tegoż dnia, we czwartek na wiele godzin przed nami wyleciała na trasę wyścigowym samochodem Marysia Nowak z Elą Cesarską na pokładzie. W drodze do Jindabyne zatrzymały się w Cooma i tam w bibliotece publicznej przygotowały śliczną wystawę okraszoną wielkim płótnem Andrzeja Czerwińskiego, przedstawiającym polską zimę. Właściwie to były dwie wystawy. Prócz wystawy fotograficznej Mariusza Krzyżelewskiego „Z Geehi na Mt Kosciuszko. Śladami P.E. Strzeleckiego” mieszkańcy Cooma mogli obejrzeć wspomniany komiks Adama Fiali (prawie 30 zabawnych obrazów).

Obie wystawy wisiały w bibliotece prawie tydzień, do środy, kiedy to powracający z Jindabyne Ewa i Marek Walczakowie byli łaskawi spakować je i przywieźć do Sydney. Panie bibliotekarki pytały, czy wystawa mogłyby zostać nieco dłużej...niestety, nie miałby kto jej spakować i zabrać. Nota bene, Raglan Gallery w Cooma była zainteresowana polskimi i festiwalowymi eksponatami; były plany urządzenia wystawy i tam, ale rąk było za mało do pomocy. Kilkudniowy festiwal rozgrywający się w kilku lokacjach – istna inwazja polskiej kultury! - to fajny pomysł, ale wymaga armii ludzi. A do utworzenia armii brakuje nam jeszcze sto pułków i jednej brygady.


Nasz spec od dźwięku Andrzej Strzelecki, a nad nim m.in. prace laureata P. Słowiańskiego z Warszawy

Do naszego schroniska „Vaski” dotarliśmy przed północą. Było jeszcze w miarę spokojnie: prócz Ulki były dwie panie z Perth: nasz specjalny gość Krysta Strzelecka ze swą przyrodnią siostrą. Prawdziwy rejwach miał się zacząć dopiero następnego dnia. Tak więc w piątek 17 kwietnia wczesnym świtem Andrzej Kozek wyruszył do Thredbo, aby wraz z przewodnikiem (discovery ranger) z Narodowego Parku Kościuszki poprowadzić gości na Górę Kościuszki. Ja z powodu wypadniętego niegdyś dysku i innych dolegliwości krzyża na taką wędrówkę wybrać się, niestety, nie mogłam. Przebiegu „pielgrzymki” dowiaduję się zatem z nagrań (mój magnetofon zabrała na Górę Elusia, kuzynka Ulki), z opowieści naocznych świadków oraz ze zdjęć. Krótką relację dźwiękową zamieściłam w Pulsie pt. „Piątek na dachu Australii”.

Chata opustoszała, a ja zdałam sobie sprawę, że mam do załatwienia zakupy i kilka spraw urzędowych – a nie mam samochodu. Andrzej swoim pojechał na Kościuszkę, a mój samochód został w rękach Karpińskiego, który w piątek rano miał zabrać dwie panie i dużo bagażu, w tym sponsorskie wędliny od Narela i polskiego sklepu w Liverpool oraz ciasta z „Olki Polki”. Tak więc na pokładzie mojego srebrnego „latawca” – prócz kiełbas – znalazły się dwie miłe panie: lauretka konkursu, czyli Krycha-artycha oraz Asia, która przez cały festiwal dzielnie pomagała Łukaszowi Karpińskiemu. Ci młodzi byli moimi adiutantami, bez których z pewnością nie dałabym sobie rady.

Ale póki co, wyruszyłam do miasteczka na piechotę. W drodze do biura Snowy River Shire Council zatrzymałam się w kwiaciarni popatrzeć, co mają. Zapukałam do drzwi redakcji "Summit Sun" (jeszcze nie wiedząc, że Denise Dion już tam nie pracuje), ale było zamknięte. Poszłam więc do lokalnego supermarketu , aby kupić mężowi bieliznę a sobie piżamę, bo z powodu pośpiechu i strasznego opóźnienia nie zabraliśmy z domu wielu potrzebnych rzeczy. Miałam w planie wielkie zakupy żywnościowe, ale bez samochodu i plecaka ograniczyłam się do kilku bochenków chleba. Lekko obładowana zaszłam do biura władz miejskich, aby pobrać klucze do Memorial Hall, pokazać dokument ubezpieczenia festiwalowego, jak też dać numer karty kredytowej, z której (w razie zniszczeń lub dewastacji sali koncertowej) mieli pobierać pieniądze.

Następnie ruszyłam do Visitors Centre, gdzie już od 2 dni wisiała przygotowana przez sympatyczną Penny MacLennan wystawa o wyprawie Amerykanów i Polaków z Geehi na Mt Kosciuszko. Stamtąd do kina, bo zgodnie z obietnicą miałam dostarczyć kierowniczce Glennys Huggett film z TVN do „ocenzurowania” i technicznego sprawdzianu. Radośnie wręczyłam jej pudełeczko z napisem „Śladami Pawła Edmunda Strzeleckiego” i obiecując wrócić za chwilkę udałam się do kwiaciarni, bo tu miał na mnie czekać Darek Paczyński. Właśnie przed chwilą zakończył długą podróż i zamiast odpocząć, zaoferował mi pomoc.

Zaczęliśmy pakować tobołki i kwiaty do samochodu, gdy rozdzwoniły się nasze komórki.Po pierwsze zadzwoniła Glennys informując, że pudełko jest puste – filmu nie ma! Okazuje się, że nie tylko piżamę zostawiłam w domu! Jeszcze sekunda, a dostałabym zawału serca, kiedy przypomniało mi się, że Norbert Oksza Strzelecki przywiózł z Polski zapasową kopię filmu, w którym nota bene gra Pawła Edmunda.

Wiedziałam, że nasi honorowi goście Monika i Norbet z maluteńką Jaśminką przylecieli w środę do Sydney, a już we czwartek mieli dojechać campervanem do Jindabyne. Trzeba więc było wysłać sms na ich polską komórkę. Ba, ale Ernestyna porozumiewająca się z całym światem za pomocą emaili nie zdołała opanować mobilowej technologii, w tym sms-owania. Ale od czego przyjaciele! Znów Darek przyszedł z pomocą. Wysłał message i już po chwili pod budynkiem kina pojawił się Norbert z rodzinką – i filmem! Zawał serca odwołany!


Krzysiu! Wietarka to nie fortepian, ostrożnie!


Krzysztof Gaweł na wysokościach - betonowych

Pojawiły się natomiast inne problemy – kwiatowe. Ulka (która zabrała swoją młodzież na wycieczkę) prosiła, żebym zamówiła dużo białych daisies. Potrzebne były na wianki dla panienek z Lajkonika. Niestety, w Jindabyne daisies nie mieli. Zadzwoniliśmy więc do Cooma z pytaniem, czy tam coś mają. Kwiaciarka z Cooma powiedziała, że właśnie robi 8 wianków za 150 dolarów, zaraz będą gotowe i zapytała, kto je odbierze i zapłaci. Zdumiałam się, bo nikt wianków nie zamawiał. Owszem zamówione i odebrane były, ale rok temu! A tu kwiaciarka z Cooma mówi, że wianki zamówiła kilka dni temu pani imieniem Ursula. Żeby sprawę wyjaśnić zadzwoniłam do Ulki, ale jej komórka nie odbierała. Po kilku próbach udało nam się połączyć. Wreszcie dowiedziałam się, że Ulka wysłała maila z zamówieniem, ale odpowiedzi nie było, więc i wianków sie nie spodziewała. Tymczasem odpowiedzi nie było, a wianki były! Miałam teraz logistyczny problem: kto je odbierze i zapłaci?

Obdzwoniłam kilka osób będących na trasie, ale jak na złość już minęły Cooma, pozostała tylko jedna osoba: Bogusia Filip. Kiedy jednak dotarła do kwiaciarni okazało się, że wianki już wykupił Tony Lang, mąż Ulki, który z Sydney jechał z jednodniowym opóźnieniem. Te kilka opisanych scenek niechaj odda atmosferę gorących chwil, nerwowych przygotowań do festiwalu. Podobnych scenek i sprawek było więcej, każdy z naszej ekipy mógłby takie epizody opisać. Zapewne wiele festiwalowych anegdotek znajdzie się we wspomnieniach Krychy-artychy, która (z zapaleniem płuc) co chwilę z łoża boleści wstaje, aby dopisać kilka nowych akapitów.

Dla mnie najciekawszym, najbardziej atrakcyjnym dniem festiwalu jest zawsze piątek – popołudnie i wieczór w Memorial Hall, gdzie na drabinach, z wiertarką i młotkiem urzędują scenografowie, z trasy wpadają goście festiwalowi, witają się, pomagają, herbatkę piją, poznają nowych przyjaciół lub stare przyjaźnie odnawiają, gdzie Andrzej Strzelecki po 2 dniach podróży z Adelaide montuje sprzęt nagłośnieniowy (i do nagrania koncertu), Ulka łapie artystów i każdemu robi próbę mikrofonową; na początku sala jest surowa ze swymi słynnymi ścianami z betonowych pustaków, w miarę upływu czasu na scenie i na ścianach pojawiają się kolejne kolorowe elementy. Oto nareszcie Gawłowie przykryli ohydne rury i hydrant gigantyczną flagą polską, zawieszoną na śrubach wkręconych wiertarką elektryczną. Był dramatyczny moment, kiedy składakowa drabina razem z Krzysztofem omsknęła się na schodki przy scenie. Chwalić Boga, nic się nie stało. Jak pięknie potem zwiewne "Syrenki" ćwiczące Poloneza Kościuszkowskiego wyglądały na tle bieli i czerwieni!


Tony Lang z malutką Jaśminką

Na ścianach pojawiały się coraz to nowe plansze z konkursowymi eksponatami, cała masa kolorowych, wesołych i śmiesznych rysunków wykonanych przez dzieci z Polski i Australii. Ponad sceną po prawej i po lewej wisiały wielkie portrety: stary Kościuszki i nowiutki Strzeleckiego. Na scenie - oryginały lub reprodukcje niektórych prac konkursowych wydrukowane na płótnie. Na trzech obrazach królowała Adyna, jedna z nich (autorstwa Agnieszki Lisewskiej-Hasulak) tęsknie spoglądała na portret ukochanego. Na czwartym – Grand Prix – roztańczony Strzelecki z Aborygenami.

Na betonowych ścianach zrobiło się ciasno, tak więc wystawa „wjechała” do sąsiedniej sali, gdzie dobre duszki zawiesiły również obrazy laureatki, Krysi Burkiewicz. W tej drugiej sali, przypomnijmy dla porządku, znajdowała się garderoba tancerzy odgrodzona od „jadalni” wielkimi panelami, a po drugiej stronie, nieopodal wielkiej kuchni kotłowało się przy stolikach, nowo przybyli artyści i „adiutanci” mogli się posilić sponsorską wędliną, przegryźć sponsorskim ciastem; niektórzy już chyba koło północy załapali się na gorące kiełbaski od Wiesia Paździora – jeszcze za darmo, bo następnego dnia trzeba już było kupować.

Kiedy wróciliśmy do Vaski, mieliśmy już komplet, pojawili się panowie filmowcy Oskar Kantor i Marek Kamma. Był nawet nadkomplet, bo mieliśmy z sobą gości z Polski. Powszechny zachwyt wzbudzała najmłodsza uczestniczka festiwalu dwumiesięczna Jaśminka ubrana w turystyczny kapelusik i spodenki. Prawdziwa podróżniczka. Strzeleckie geny! I tu urwę wspomnienia z piątkowego dnia. O ile piątkowe przygotowania można określić jako ciążę, to sobotni koncert można nazwać porodem. Ale o porodzie – następnym razem.

CDN.

Ernestyna Skurjat-Kozek


Fragment wielkiej wystawy: akwarele Adama i Ewy Pacek, portrety Strzeleckiego, również w stylu aborygeńskim (B. Przedpełskiej)oraz portrety niemłodego już Strzeleckiego i podstarzałej Adyny (Adama Fiali)


Foto Zofia Manche: Lajkonik na piątkowej wycieczce