Kategorie:
Nowiny
Ze Świata
Z Polski
Z Australii
Polonijne
Nauka
Religia
 

Archiwum:

Reklama:

 
22 maja 2008
Festiwalowe opowieści - 1 (niestety, na raty)
Ernestyna Skurjat-Kozek. Foto Puls Polonii

Oksza-Strzeleccy
Wow! W chwili, kiedy festiwalowe sprawy finansowe przekazałam Wielkiemu Fachmanowi, dostrzegłam, że świat jest piękny, a kwiaty KOLOROWE. Nareszcie mogę zabrać się za to, co kocham – za pisanie! Właśnie miesiąc minął od mojego powrotu z Festiwalu i pomyśleć, że przez tyle dni, obarczona innymi obowiązkami, nie miałam szansy opisać Festiwalu tak jak JA go widziałam, wydarzeń, których byłam świadkiem, scen, które zapamiętałam. A działo się dużo! Pełny obraz zapewne pojawi się w mojej świadomości dopiero wtedy , kiedy kilka (czy kilkanaście) cudzych wersji wydarzeń nałoży się na siebie.

Dla mnie Mound & Mt Kosciuszko Festival 2008 rozpoczął się w październiku 2007, kiedy Konsul Generalny RP Prof. Ryszard Sarkowicz obiecał 3 tysiące dolarów na nagrody w konkursach, które lada moment miała ogłosić Fundacja Kulturalna Pulsu Polonii. Była nadzieja, że konkursy przyniosą nam bogate żniwo w postaci piosenek i wierszy na kolejny festiwal, a także fotograficznego materiału fotograficznego na festiwalową wystawę.

Tak więc od października 2007 tkwiłam w atmosferze konkursowo-festiwalowej. Trzeba było różne media polonijne i australijskie namawiać, aby ogłaszały i promowały nasze konkursy, aby popularyzowały wspaniałe postacie Tadeusza Kościuszki, Pawła E. Strzeleckiego i Stanisława Bluma. Trzeba było znaleźć jurorów, którzy by sprawiedliwie nadesłane prace ocenili... w czynie społecznym! Mój czas dzieliłam między siedzenie za komputerem w redakcji „Pulsu Polonii”, a siedzenie za kierownicą jako podróżująca prezeska Fundacji Kulturalnej Pulsu Polonii. Jak napisałam w kilku reportażach, czułam się jak shuttle bus, który krąży między Sydney a Jindabyne. Ciągle były jakieś spotkania, narady, na które musiałyśmy z Ulką Lang (moją prawą ręką, a może nawet głową) jeździć w świat. Bez odpowiedniego rozeznania w lokalnych środowiskach, bez nawiązania lokalnych kontaktów nasz festiwal wziąłby zapewne w łeb!


Zespół Łowicz wydał niedawno ponad 7 tys dol. na stroje. I to - prócz usmiechów, wdzięku, perfekcji - widać!

W czasie, kiedy powinnyśmy były finiszować w sprawach festiwalowo-organizacyjnych, wiele długich tygodni trzeba było poświęcić sympatycznym sprawom, o których na tym etapie nie możemy (jeszcze) publicznie mówić. Pojawiły się też w naszym kalendarzu spotkania z liderkami społeczności aborygeńskiej regionu Monaro. Na perfekcyjne dopięcie spraw festiwalowych zabrakło nam kilka tygodni. Cóż, nadszedł czas i trzeba było festiwal w Jindabyne i Cooma ogłosić jako otwarty!

W ostatnich dniach przed festiwalem napływały czeki od sponsorów i benefaktorów. Ciężki rok. Niektórzy sponsorzy dali połowę tego, co wcześniej obiecali, inni w ogóle nic nie dali, inni (co niczego nie obiecywali) raczyli przyjść nam z pomocą. Skomlenie o każdy kawałek polonijnego grosza było zajęciem poniżej mojej godności. Ach, gdybym była milionerką, sama sfinansowałabym festiwal razem z konkursami...! Więc w głębi duszy czaił się ten bunt, że nigdy więcej! Koniec z festiwalami! Ale energii dodawał fakt, że co najmniej dwa polonijne zespoły dostały granty umożliwiające udział w festiwalu. Trzeba było iść do przodu!


Drogi Łukaszu! Czy ja bym sobie bez Twojej pomocy dała radę?

W ramach moich szalonych pomysłów postanowiłam zaprosić na festiwal młode małżeństwo z Poznania Monikę i Norberta Oksza-Strzeleckich. Od lat jeżdzili po świecie śladami swojego dalekiego krewnego – ich też pasjonowały podróże i odkrycia. Przy ich udziale nakręcono film dokumentalny dla TVN Historia Discovery. Pomyślałam, że byłoby cudownie mieć tych ludzi na festiwalu – razem z filmem! Zaczęła się piękna przygoda ----------- i nerwówka. Ten jeden mały drobiazg: bilet lotniczy na drugi koniec świata. W tak krótkim terminie nie byłam w stanie wygenerować potrzebnej sumy. Najważniejszym zadaniem było zdobycie pieniędzy na nagrody w festiwalowych konkursach. A więc żyłam w stresie. Razem z Moniką i Norbertem przeżywałam ich kolejne porażki w staraniach o sponsorską pomoc.

Tymczasem dostałam wiadomość, że będziemy mieć honorowego gościa, który postanowił przyjechać w naszą gościnę, ale sam sobie kupi bilet na drugi koniec świata. To znakomity fotograf z Krakowa, Marcin Olesiński, który w marcu 2007 r. biegał na naszą prośbę na Kopiec Kościuszki, aby wykonać imponujące zdjęcia: Kopiec Kościuszki dniem i Kosciuszko Mound By Night. Te właśnie fotografie były zaczątkiem naszej wystawy, która nota bene dała nazwę Festiwalowi: Mound & Mt Kosciuszko. Ostatecznie wszyscy honorowi goście spotkali się w komplecie w naszym ulubionym schronisku w Jindabyne: Kraków kolegował się z Poznaniem!


Chwała Jurkowi Starzyńskiemu z Puma Media za to, że wywlókł wystawę fotograficzną z ciemnej sali na dwór!

Strzeleccy przylecieli do Australii niejako „cichcem”. Bo oto myśląc, że utknęli w Poznaniu, dostałam od nich maila, że są już na Tasmanii, że już drepczą śladami Sir Strzeleckiego i że wpadną do Sydney, skąd będą potrzebowali transportu do Jindabyne. Miałam nielada łamigłówkę: jak załatwić transport dla sympatycznych Poznaniaków, skoro nawet nie wiadomo, SKĄD w czteromilionowym Sydney ich zabrać! Ale przy współczesnej technologii, telefonach komórkowych i sms-ach wszystko dało się jakoś załatwić. Ale nie tylko dzięki sms. Komunikat w Pulsie Polonii, wici rozesłane po parafii --- i załatwione! Naszych turystów „z rodowodem” przywieźli do Jindabyne Lusia i Zbyszek Sumińscy, za co strokrotne dzięki publicznie składamy! Natomiast do Sydney odwieżli ich (w chwilkę po zakończeniu niedzielnego koncertu w Coomie) Ela i Zbyszek Grześkiewiczowie, za co również stokrotne dzięki niniejszym publicznie składamy!

Tak więc dla mnie festiwalowe emocje rozpoczęły się praktycznie w dniu przylotu Marcina Olesińskiego. Pogoda była do kitu. Od 13 kwietnia siedziałam w domu i wypisywałam czeki i dyplomy dla laureatów, a Marcin biegał po zachmurzonym, deszczem zachlapanym Sydney. Współczułam mu, że nie widzi tego „do znudzenia” błękitnego australijskiego nieba. I znów stres: a jeśli polska edycja „National Geographic” odrzuci zdjęcia Marcina, bo pokazują „nieprawdziwą” Australię? Lało już od dłuższego czasu. Nie martwiłam się jednak o dobrą pogodę na festiwal. Ufałam, że moja „sztama” w Panem Bogiem trwa.


Pasażerowie z Poznania pod pomnikiem Strzeleckiego w asyście Lusi i Zbyszka Sumińskiech oraz Lesa Strzeleckiego. A w tle Lajkonik.


Po prawej: Ela i Zbyszek Grześkiewiczowie, a na pierwszym planie Bożena Pagin z małżonkiem. W trzecim rzędzie widać, skromnego jak zwykle, Prezesa Rady Naczelnej Andrzeja Alwasta.

Wyruszyliśmy z Sydney. Jeszcze w Berrimie padało. I w deszczu zbieraliśmy podstarzałe rydze. Wtedy właśnie zadzwonił z Jindabyne stroiciel pianina. Poinformował, że nastroił fortepian w Hotelu Horizon, gdzie Krzysio Małek miał dać recital. Narzekał również, że nie wie, co zrobić z pianinem w Memorial Hall, bo jest w kiepskim stanie. Pomyślałam: zapłacić ponad 100 dolarów za fatygę i mieć nienastrojone pianino, czy też dać 150 dolarów i mieć nastrojone stare rozpadające się pianino? W słuchawce trzeszczało, woda lała mi się za kołnierz. OK, mówię, proszę nastroić tego grata, może się przyda! Zależało mi na pianinie, bowiem Krzysio-wirtuoz zastrzegł, że żadnego keyboarda nie dotknie. Ani sam popisówki nie da, ani nikomu nie będzie akompaniował. Jak będzie pianino, to inna sprawa.

Ruszyliśmy z Marcinem w dalszą drogę. Przy tablicy z napisem Australian Capital Territory zauważyliśmy, że pojawiło się słońce. Uśmiechnięci od ucha do ucha płynęlismy przez krajobraz udekorowany złotolistnymi topolami. Czekałam na Marcinowe krzyki zachwytu na widok fiordów i zatok wielkiego „man-made” Jeziora Jindabyne. Zamiast krzyków słyszałam tylko radosne klik-klik-klik jego aparatu. I tak w czwartkowy wieczór dotarliśmy do schroniska, gdzie czekała nas nas Ulka Lang. Jej Lajkonik (młodsza grupa) już od kilku dni rezydował w Sports & Recreation Centre, gdzie ostro ćwiczył swoje festiwalowe kawałki.


Bryczka we mgle. Edmund Strzelecki czeka na Adynę. Porwanie. Fakt czy "Niepotrzebny" mit? Scena z filmu "Sladami Sir Strzeleckiego"

Ledwie wtaszczyliśmy swoje bambetle na przeznaczone nam pięterko, pod schronisko podjechał samochód mojego męża wyładowany po brzegi ludźmi, bagażami, wystawą, statywami, kamerami...I znów rejwach, po którym można było się zrelaksować przy rydzach, winku i kominku. I tak, dziękując Panu Bogu za piękną pogodę zakończyliśmy ten przedfestiwalowy dzień. Jutro, w piątek mielismy dwiema trasami wyruszyć na Górę Kościuszki, aby tam wspólnie w samo południe zaśpiewać piosenkę Janka i Urszuli o mountain that unites us.

Niestety, w piątek rano namnożyło mi się tyle obowiązków, że na Górę nie dotarłam i do dziś czekam na relacje naocznych świadków, którzy mi opowiedzą, jak tam było. Te kilka fotografii, jakie mam w garści ledwie dają mi wyobrażenie o tym, co przeżyli ci, którzy tam byli.

I tu urywam swoją relację. Mam nadzieję, że ciąg dalszy nastąpi. Acz nie wiem, KIEDY. Może jutro? Może za tydzień? Ale zapraszam do czytania. W drugim odcinku będzie ciekawiej. A w trzecim to już jak w powieści sensacyjnej!

Ernestyna Skurjat-Kozek


Pierwszy dzień festiwalu. Aleksander Gancarz z Etą Rogoyską


Jindabyne. Panny Krzesińskie (po prawej) z tatusiem na koncercie. Obok Chargé d'Affaires RP, Pana Witolda Krzesińskiego, przedstawicielka pielgrzymów z Wilna.