Kategorie:
Nowiny
Ze Świata
Z Polski
Z Australii
Polonijne
Nauka
Religia
 

Archiwum:

Reklama:

 
9 lutego 2018
Gram dla Boga i Jego chwały
Tomasz Trzciński

Światowej sławy pianista Maestro Tomasz Trzciński zdradza w wywiadzie do portalu Pressmania.pl swój sposób na życie, sekrety sukcesu i szczęścia w miłości. Jednak nie byłby sobą, gdyby ze swadą i poczuciem humoru nie opowiedział o planach na 2018 rok. Jednak zaskakuje także swoją bezkompromisowością w dobie poprawności politycznej, która tak bardzo szaleje w Europie i na Świecie. – Nie boję się tego manifestować, że jestem wierzącym Katolikiem i gdziekolwiek jestem, jest ze mną moja wiara i muzyka, którą tworzę na żywo grając na fortepianie. Tworzę ją często z myślą o Bogu i Ojczyźnie – deklaruje Tomasz Trzciński w rozmowie z Krzysztofem Sitko.

Krzysztof Sitko: O planach muzycznych Panie Tomaszu ostatni raz rozmawialiśmy w listopadzie 2016 roku. Co się wydarzyło od tego czasu? Zbliża się koniec 2017 roku, to doskonały czas, aby podsumować ten okres w pańskiej twórczości.

Tomasz Trzciński: Ten czas od naszego ostatniego spotkania w Warszawie był bardzo ciekawy, pełen emocji, twórczego wysiłku, ale i bardzo radosny i pod względem muzycznym niezwykle udany.

Zagrał Pan w tym okresie wiele koncertów, czy można wiedzieć gdzie i co Pan grał?

– W zasadzie zacząłbym od wspomnienia wydarzeń z początku sezonu 2016/2017 czyli od warszawskiego koncertu pt. „Niezwyciężonym”, wielkiej improwizacji, którą wykonałem w Muzeum Powstania Warszawskiego a kilka jej fragmentów następnie w Belwederze. To był dla mnie pierwszy z ważnych koncertów, ponieważ był moim powrotem do Polski w charakterze artysty zaangażowanego w wielki projekt poświęcony Rotmistrzowi Pileckiemu, i koncert, który odbył się w miejscu, do którego powstania przyczynił się swoim zaangażowaniem Śp. Prezydent RP prof. Lech Kaczyński, miejscu, które odwiedza rokrocznie ponad milion osób. To był dla mnie pierwszy wielki przełom, grać tam w hali muzeum pełnej publiczności wielką improwizację solową.

Następnie było wiele występów i koncertów w Niemczech, i premiery kolejnych aranżacji na orkiestrę, a także koncerty w ratuszu w Moguncji, które grywam na różne okazje. Jednak tym co było w pierwszej połowie roku 2017 najważniejsze były przygotowania i koncert – znowu wielka improwizacja – prapremiera koncertu „Co mu w Duszy Grało” dedykowanemu Św. JPII w Kościele p.w. Św. Piotra Apostoła w Wadowicach, powtórne wykonanie dzieła, którego pierwotne powstanie datuje się na rok Kanonizacji JP II czyli 27 kwietnia 2014. To było wielkie przeżycie i wielka radość jednocześnie, choć także ogromny wysiłek emocjonalny.

Wadowicki koncert z 8 lipca 2017 uważam za niezmiernie ważny w mojej karierze i dla tego roku, bo po raz pierwszy zagrałem w mieście Św. JP II utwór zadedykowany Jemu i Jego słowom, które były mottem dla poszczególnych części tego koncertu.

Polskie melodie - posłuchaj za darmo i wskocz na YouTube

Czy może Pan zdradzić jak długo trzeba przygotowywać się do takiego koncertu i jak to w praktyce wygląda, ile godzin gra Pan dziennie w okresie przygotowawczym?

– To wszystko zależy od ilości idei, form i zadań tematycznych, jakie mają być zaprezentowane w trakcie takiego występu, tym bardziej jeśli muzyka ma być zagrana do konkretnych tematów i stworzyć cykl programowy. Tworzenie – czy to na scenie – czy to w studio dzieła muzycznego jest zawsze rodzajem określania i znajdywania pewnej formy wyrazu dla idei muzycznych, formy otwartej na tyle na ile nie można jej w improwizacji domknąć i na tyle domkniętej, aby jednak stanowiła pewną tematyczną i muzyczną całość.

Przygotowanie się, czy przygotowywanie się do takiego koncertu jest również rodzajem pracy nie tylko budującej kondycję lub sprawność, ale przede wszystkim pracy twórczej, w trakcie której opracowywane są różnorakie warianty tego, co może później zaistnieć w trakcie koncertu na żywo. Może, ale nie musi, bo czasami taki koncert staje się fuzją pomysłów opracowanych i nowych idei, pojawiających się spontanicznie, na żywo. Tak jest prawie zawsze. Wymaga to oczywiście wielkiego skupienia i koncentracji przy pracy, aby jej wynik był potem zaczynem dla tego, co usłyszą słuchacze. I tutaj nie ma limitu czasu z jednej strony, a z drugiej człowiek ma swoją określoną wytrzymałość i pracując regularnie powinien też robić przerwy, dłuższe, krótsze, czasami kilkudniowe – aby idee dojrzewały a kondycja rosła i zmęczenie materiału nie nastąpiło przedwcześnie. To wszystko co stanie się na koncercie w ciągu godziny wymaga czasami kilku miesięcy takiej pracy. W zasadzie przygotowanie wadowickiego koncertu zaczęło się na początku marca, a więc praca trwała z przerwami około 4 miesiące.

Polskie melodie Part II posłuchaj za darmo

Koncert w Wadowicach był wielkim muzycznym sukcesem w tym mieście, pojawiły się nawet takie głosy, że takiego koncertu w Wadowicach jeszcze nie było. Jak do tego doszło, że zagrał Pana za darmo dla dzieci z TPD w Wadowicach i mieszkańców? Co Pana do tego skłoniło?

– Przyjechałem do Wadowic na zaproszenie Towarzystwa Przyjaciół Dzieci, Koła w Wadowicach, żeby zagrać dla nich ten koncert, żeby dać im takie przeżycie, jakiego nie miały być może sposobności jeszcze w życiu doświadczyć, aby dać im możliwość zobaczenia i posłuchania takiej sztuki na żywo. Oczywiście zarazem przyjechałem do miasta rodzinnego Św. JP II żeby podkreślić moją wielką zażyłość z tym, który z niego pochodzi, bo jest dla mnie od zawsze wzorem i natchnieniem do działania, kimś, kogo odejście bardzo przeżywałem (grając de facto równocześnie koncert, który utrwalony został na CD Blue Mountains) i kogo Polsce nadal bardzo brakuje, choć Jego idee żyją a kult z tego co widzimy – wzrasta.


Zagrał Pan ten koncert za darmo, co było tego powodem?

– Wystarczyła mi radość tych dzieci, ich uśmiech, ten który widziałem, gdy przyszły do mnie rozemocjonowane zaraz po koncercie, po prostu chciałem im dać tę muzykę. Ona była dla nich. Nie wszystko w życiu musi przełożyć się na pieniądze, czasami ważniejsze jest przeżycie czegoś wspólnie z innymi i dla nich. W zasadzie te dzieciaki były też moim natchnieniem, próbą pokonania wraz z nimi ich słabości i dodania im siły poprzez tę muzykę.

Czyli można powiedzieć, że odezwał sie w Panu duch altruisty. Teraz już, co roku będzie Pan grał taki koncert charytatywnie?

– To zależy czy będą się pojawiały takie propozycje jak ta w Wadowicach, a ta była ze względu na miejsce i jego charakter oraz odbiorcę absolutnie szczególna.

Nie obyło się to jednak bez zgrzytów, bo w ostatnim momencie wycofał sie główny sponsor, który miał pokryć koszty wynajęcia fortepianu. Pan jednak stanął na głowie i przekonał pewnego polityka, by pomógł tym dzieciom z koncertem. Jak to sie Panu udało i czy można zdradzić jego nazwisko?

– Pan Poseł dr hab. Józef Brynkus, który stał za organizacją tego koncertu okazał się naprawdę wspaniałomyślny, ratując koncert z własnych środków w chwili, w której wycofał się oczekiwany sponsor. Pan poseł stał się rzeczywistym mecenasem i okazał się wspaniałym organizatorem koncertu zrobił na mnie wielkie wrażenie, a zdobywając się na ten piękny gest pokazał, że jest faktycznie „posłem ludzkich serc”, bo tak mówi się o nim w Polsce. Zrobił to przecież właśnie dla tych dzieci.

Zapewne dla Pana to było nie jedyne zaskoczenie, bo w finale koncertu litanię do Św. Jana Pawła II napisaną jeszcze przez kard. Josefa Razingera przeczytała Pani Zuzanna Kurtyka, to było wielkie wydarzenie. Zdradzi na Pan dlaczego akurat tak bardzo zależało Panu, aby to Zuzanna ją czytała? Przecież namówił Pan osobiście Panią Kurtykę.

– Tak, to był mój autorski, jeśli można to tak nazwać, pomysł. Pani Zuzanna jest niezwykle znaną i cenioną postacią życia publicznego, jest także jednak lekarzem Ordynatorem Szpitala dziecięcego w Krakowie, ma więc do czynienia z małymi pacjentami na co dzeiń. Poza tym słuchając jej głosu przy różnych okazjach z nagrań na You Tube doszedłem do wniosku, że jej głos jest i piękny i przekonujący, a do tego niezwykle naturalny i byłoby to niezwykłym wydarzeniem, gdyby to Ona w finale koncertu przeczytała do mojego akompaniamentu Litanię do Św. JPII napisaną jeszcze przez kard. Josepha Ratzingera zanim wybrano go na Papieża. I tak też się stało, nawiązałem kontakt z Panią Zuzanną, prosząc ją o zgodę, a ona zgodziła się na to i przybyła na nasz koncert. To było naprawdę wspaniałe doświadczenie. I sprawdziła się w tej roli tak jak przypuszczałem – znakomicie.

To nie jedyne osiągnięcie organizatorów w związku z tym koncertem, bo oficjalnym patronem koncertu był Metropolita Krakowski abp. Marek Jędraszewski. To było wielkie wydarzenie gdyż nowa głowa kościoła krakowskiego rzadko udziela takich patronatów, a tutaj takie wyróżnienie. Jak Pan przyjął tę informację? Co to dla Pana oznaczało?

– To było zdumiewające i wręcz onieśmielające, był to dla mnie ogromny zaszczyt i wielka radość. No i duma ogromna że ktoś tak zacny i znany zgodził się na patronowanie temu koncertowi. Oznaczało to dla mnie, że i Św. JP II włączył się za jego pośrednictwem w tę ideę. Pomyślałem krótko – Wujek Karol jednak nad nami czuwa!

Jednak były też afronty ludzi małej wiary, którzy postanowili się nie pojawić. Czy zdarzało sie to już Panu kiedyś przed koncertem?

– Koncertem tym, tak szczególnym bo zadedykowanym Św. JP II, chcieliśmy łączyć ludzi ponad podziałami. Ale wie Pan, zawsze ktoś się nie pojawia, z różnych względów, ale ja nigdy nie zwracam na to większej uwagi. „Nieobecni nie mają racji i prawa głosu.“

Przecież nie było w tym wydarzeniu żadnej polityki, co się zatem stało?

– Tego dokładnie nie wiadomo, wiadomo jednak, że dzisiejsze życie polskiego społeczeństwa szargane jest przez wiele niepotrzebnych emocji, które nie wynikają do końca ze zdrowych i szczerych pobudek, i czasami jest tak, że są one w stanie przysłonić ludziom trzeźwe spojrzenie na sytuację i wydarzenia, które mają nastąpić. Ludzie działają z różnych pobudek. I tak działo się i – z tego co mi wiadomo – w Wadowicach. Jednak kościół był pełen słuchaczy a Ci, których w nim zabrakło stracili raz na zawsze okazję posłuchania na żywo tego co się tam wydarzyło. To są rzeczy niepowtarzalne i jednorazowe. Nie oddadzą ich żadne, nawet najlepsze nagrania.

Po koncercie rozmawiał Pan z Zuzanną Kurtyką, ale dziękował Pan dwóm kobietom, dlaczego, bo to ciekawe zachowanie gwiazdy wieczoru. Może nam Pan o tym opowiedzieć?

– Tak, właściwie dziękowałem trzem Damom tego wieczoru. Pierwszej – tej, która mi towarzyszy od lat i z którą idziemy wspólnie przez życie, od pierwszej chwili, od pierwszego wejrzenia – czyli mojej Żonie Silke, która jest mi niezastąpionym współuczestnikiem koncertów i moimi drugimi, obiektywnymi uszami i oczyma na to wszystko, co dzieje się wokół koncertu.

Drugiej – Pani Zuzannie Kurtyce, która zgodziła się „na wszystko” i przyjechała na koncert, i w pięknym geście była tam wówczas z nami, i przeczytała wedle mojej idei Litanię, za co byłem Jej naprawdę bardzo wdzięczny.

No i trzeciej – Pani Jasnogórskiej Maryi Pannie, (która w tym kościele jest w szczególnej figurze Pani Fatimskiej) przecież Matka Boska jest patronem naszej Ojczyzny, której zawierzamy opiekę nad nią i nad nami, na najtrudniejsze chwile, i tej, która w najtrudniejszej chwili podniosła do życia, ocalając od śmiertelnej kuli zamachowca Ali Akcy – Jana Pawła II, i której zawdzięczamy to, że jego pontyfikat nie zakończył się tragicznie a doprowadził do obalenia w Polsce komunizmu i wyprowadzeniu jej z pierwszego stadium największej niewoli. Dlatego też moje podziękowanie kierowane było na zakończenie koncertu do Niej.

-Wiązankę złożył Pan pod figurą Matki Boskiej Fatimskiej. Nie boi sie Pan w tak otwarty sposób manifestować swojej wiary w Boga? Mieszka Pan i tworzy w Niemczech, to nie przeszkadza?

– Nie, nie boję się tego manifestować, jestem wierzącym Katolikiem i gdziekolwiek jestem, jest ze mną moja wiara i muzyka, którą tworzę na żywo grając na fortepianie. Tworzę ją często z myślą o Bogu i Ojczyźnie.

Chciałbym Pana jeszcze dopytać, by było to zupełnie jasne, po ile godzin dziennie musi Pan grać, bo z tego co słyszałem to jest typowy trening i budowanie formy fizycznej by zagrać godzinny koncert?

– Zupełnie różnie, czasami ćwiczę 4-6 godzin dziennie, czasami tylko jedną – dwie, zależy od tego nad czym pracuję i ile siły w danym dniu oraz świeżości ma umysł, bo to jednak on a nie ręce gra i tworzy. Ja ćwiczę nieregularnie ale – choć może to nieskromne – staram się ćwiczyć efektywnie, żeby wszystko na co poświęcę przy instrumencie czas odezwało się potem w trakcie koncertu w sposób kreatywny.

Czasami potrzebna jest nawet tygodniowa przerwa, ale w tym czasie pracuje i przetwarza informację dusza i umysł, to także forma pracy nad materią dźwięku, ćwiczenie w głowie, układanie, analizowanie pewnych już wypracowanych rzeczy. Także szczególna samokrytyka, jeśli robię na próbę nagrania by zobaczyć – posłuchać rezultatów, wiele uważnego i samokrytycznego spojrzenia na to co się dzieje, a czego nie słychać aż tak dobrze od strony grającego, to także jest intensywna praca.

Czy prawdą jest, że pianista ma ręce jak drwal? Tak mocne, bo musi nimi „walić” w klawisze, aby wydobyć odpowiednie dźwięki z instrumentu?

– Chyba nie aż tak mocne jak drwal, do cięcia i rąbania drewna są potrzebne bardzo silne ręce, bardzo wytrzymałe, ale można powiedzieć, że jak u kowala w kuźni, tak jak i rzeźbiarza i malarza jednocześnie i jak nogi u tancerza w balecie i lekkoatlety na igrzyskach. Potrzebna jest wielka sprawność i wytrzymałość, na różne sytuacje. Używamy w trakcie gry różnych rodzajów siły, dla różnych rodzajów brzmień i barw, różnych rytmów i figur, nieraz skomplikowanych, dlatego też ręce muszą być sprawne, swobodne i bardzo zorganizowane, by nie wytracać niepotrzebnie energii.

Wszystko cokolwiek robię przy klawiaturze musi przełożyć się na dźwięk o określonej jakości, aby odniosło określony efekt u słuchacza, a ja myślę do tego przy fortepianie często symfonicznie, traktując ten instrument jak orkiestrę, gram więc też fakturą inną niż typowo pianistyczna i wiele efektów, które uzyskuję wymagają dodatkowej siły i sprawności rąk, no i głowy, i słuchu oczywiście, żeby je muzykalnie kreować i koordynować. Chodzi mi zawsze o jakość tego co uzyskuję poprzez brzmienie u odbiorcy, czyli słuchacza.

Wadowickie spotkanie z Zuzanną Kurtyką zaowocowało kolejnym koncertem. Znowu zagrał Pan w Belwederze u Prezydenta. Z jakiej to okazji ponownie w tym samym miejscu grał Pan po roku od poprzedniego koncertu?

– Koncert powtórny w Belwederze… tak to był owoc naszego kontaktu, myślę że obydwie strony nabrały do siebie wzajemnego zaufania i jednocześnie z przyjemnością wspominam wzruszenie Pani Zuzanny dla mego wykonania w Wadowicach Bogurodzicy. To było chyba powodem tego zaproszenia, które przyszło od Fundacji im Janusza Kurtyki, fundacji która upamiętniając osobę swego wspaniałego, bezkompromisowego, poległego w Smoleńskiej Tragedii patrona stara się kontynuować jego dzieło i wspierać naukowe prace badawcze służące odkłamywaniu zniszczonej i pogrzebanej przez PRL i jego postkomunistyczne czasy historii Polski, nagradzając najwybitniejsze prace historyków z Polski i ze świata. Zaproszenie do Belwederu na konferencję naukową tej Fundacji i uroczystość wręczenia nagród, którą miał uświetnić artystycznie i muzycznie mój koncert było miłym zaskoczeniem i pięknym przeżyciem. Belweder przez rok się nie zmienił, a na scenie przywitał mnie ten sam instrument o genialnym dźwięku, Boesendorfer, który już rok temu dał mi wielką radość grania i stworzenia muzyki na projekcie o Rotmistrzu Pileckim.

Koncert jak zwykle odbił się szerokim echem, ale to nie wszystko. Uzyskał Pan zgodę na wykonanie nagrań na tym prezydenckim fortepianie do swojej nowej płyty. Jak to możliwe?


– No właśnie, i musimy znowu cofnąć się nieco w czasie. To było wynikiem zaistnienia płyty pierwszej, pt. „Polskie melodie”, czyli tej, do której nagrania zrealizowałem latem w Wadowicach, w sali koncertowej Państwowej Szkoły Muzycznej im. Jana Pawła II, już w tydzień po koncercie. Dyrektor szkoły okazał się wspaniałomyślnym gospodarzem i w pięknym geście umożliwił mi skorzystanie z obiektu (który zrobił na mnie wielkie wrażenie) i instrumentu, do zrealizowania nagrań na płytę pt. „Polskie melodie”. Nagrania udały się nadzwyczajnie, wiec znalazł się również sponsor w okolicy w której mieszkam, aby je wydać w postaci CD, Pani Jolanta Zamirska Drees, ktora prowadzi firmę OptiEn postanowiła sfinansować produkcję. I tak oto na koncercie 18 listopada 2017 roku, w Kirchheimbolanden, w Niemczech była premiera mojej tegorocznej płyty CD, która rozeszła się po koncercie w okamgnieniu. Kilka dni później miałem lecieć do Warszawy, aby zagrać koncert w Belwederze, więc pomyślałem, że będzie to wybitna okazja, aby na tym niezwykłym instrumencie dokonać kolejnych nagrań. Po konferencji zapowiadał się długi jesienny deszczowy wieczór, więc warto było spróbować uzyskać zgodę Pałacu Prezydenckiego, aby można było zrobić nagrania. Tak też się stało, dzięki wielkiej życzliwości i zaangażowaniu Kancelarii Prezydenta RP Andrzeja Dudy i tak powstała druga część „Polskich melodii”, która ukaże się, jak dobrze pójdzie w lutym przyszłego roku.

Czyli to wszystko opatrzność lub „palec Boży”? Warto, bowiem by Pan nam powiedział o tym wielkim koncercie z 18 listopada 2017 roku w Niemczech. Cóż Pan tam „nawywijał”, że media niemieckie są nim tak zachwycone? Co Pan tam i dla kogo zagrał?

Wielkie bisowanie

– No tak, to historia na osobny wywiad lub artykuł… Zagrałem tam, po raz 13-ty w mojej karierze interpretację słynnego Koncertu Kolońskiego – THE KÖLN CONCERT, którego twórcą, jako koncertowej improwizacji jest Keith Jarrett, utworu, którego jestem od 15 lat pierwszym interpretatorem i autorem Albumu 2CD pt. „Blue Mountains“ z pierwszą opublikowaną i wydaną interpretacją tego dzieła.

Od kilkunastu lat wykonuję ten ogromny utwór na różnych scenach Europy, jako Around The Koln Concert, interpretując go na coraz bardziej osobisty sposób, odbiegający znacznie od oryginału, coraz bardziej indywidualizując tę interpretację, choć za każdym razem – prawem improwizacji, jest to inne dzieło, tylko ramowo opierające się na oryginale i stworzonej na jego podstawie transkrypcji.

I to bardzo spodobało się znowu niemieckiej prasie, która była reprezentowana tym razem przez muzycznych koneserów, z wysmakowanym poczuciem estetyki i wartości takiej sztuki.

W sieci można zobaczyć Pana bis z tego koncertu, a te oklaski są wymowne. Jak Pan tego dokonał, że pojawiają się głosy, że Pańskie wykonanie tego koncertu jest lepsze od Jarretta?


– To oczywiście bardzo niebezpieczny komplement! Myślę, że ono nie jest lepsze bo jednak Keith Jarrett jako twórca swego genialnego oryginału jest absolutnie niepowtarzalny, podobnie jak niepowtarzalna jest sytuacja, w której tamten koncert zaistniał. To znana historia, nie ma sensu jej tutaj ponownie przytaczać, ale to co stało się wówczas jest wzorcem – można powiedzieć – wiecznym, i znakiem tamtych czasów, jeśli chodzi o sztukę, kulturę i specyfikę dzieł muzycznych w obszarze muzyki rozrywkowej i jazzowej a także tych, ktore rozwinął w swojej muzyce Keith Jarrett. Więc nie zgodzę się na taki komplement, musząc zaprzeczyć – moje wykonania nie są lepsze. Ale są z pewnością inne, odmienne sytuacjami brzmieniowymi instrumentów na których gram i sal, hal czy pomieszczeń, do których w nich dochodzi. Mają w sobie mój pierwiastek muzyczny i moją duszę, uksztaltowaną na gruncie polskim, słowiańskim i europejskim. Cieszy mnie naturalnie to, że te próby przywracania The Koln Koncert przeze mnie życia na scenie spotykają się z tak wielkim entuzjazmem słuchaczy i wielu odbiorców w sieci, że koncerty są nagradzane przez publiczność i prasę tak pozytywnymi reakcjami, a nawet takim uwielbieniem. To jest dla mnie wielka nagroda za ciężką pracę, którą wkładam w przygotowanie każdego takiego występu z tym utworem Keitha Jarretta, mojego mistrza improwizacji, praktycznie od początku.

Planowany koncert w Planetarium w Bochum

Można zatem śmiało powiedzieć, że koniec roku 2016 i cały 2017 upłynął Panu na koncertowaniu lub przygotowaniach do koncertów. Jednak znalazł Pan czas, by wydać kolejną płytę pt. „Polskie Melodie”. Czemu akurat tego typu muzyka i taka płyta?

– Tak, tak to wyglądało, i wcale nie jest powiedziane że jeszcze się coś nie wydarzy, do końca roku są jeszcze dwa tygodnie, nigdy nic nie wiadomo. Jeśli chodzi o płytę „Polskie melodie” to jest w zasadzie proste, bo kocham polską kulturę i muzykę. Kocham nasze tradycyjne pieśni, ich melodie, ich bogactwo i prostotę, i bardzo lubię je grać. Kolędy, pieśni ludowe, pieśni patriotyczne, tradycyjne pieśni religijne, piosenki, wszystko to, co poprzez wieki kształtowało wraz z Chrześcijaństwem naszą kulturę jest mi bliskie i na swój sposób szczególnie ważne, choć przecież od dziecka byłem nauczony przez mego Tatę uwielbienia dla muzyki z całego świata, wielu kultur i wszelkich jej odmian. A jednak muzyka polska jest najważniejsza. Bo Polska jest dla mnie tak ważna. To co w sobie niosę, ja, Polak, po tysiącu lat historii naszego Narodu. Po prostu się z tym utożsamiam, ale i z całym bogactwem kulturowym, jakie na sposób pozytywny oddziałało na nas i naszą tradycję i kulturę. A było tego w przeciągu tysiąclecia naprawdę bardzo dużo.


Dlatego taki tytuł – „Polskie melodie”. Polskie, bo są one wyrosłe w naszej kulturze. Polskie, bo ja jestem Polakiem i gram je z duchem kształtowanym w naszej wielkiej, muzycznej i wolnościowej tradycji. Polskie – bo bliskie memu sercu.

Maestro, ale Pan jest jak człowiek renesansu, bo wszystko robi Pan sam lub z pomocą żony. Jest Pan pierwszym Polakiem mieszkającym za granicą i pionierem na świecie w oddawaniu ludziom za darmo muzyki do słuchania w sieci. W dodatku sam Pan nagrywa koncerty, obrabia muzykę na płyty a dodatkowo montuje filmy z koncertów i przesyła do sieci, ale najciekawszym jest Pana projekt „Muzyka na dobranoc” grana na żywo przez Facebook’a? Mistrzu jak to się robi i po co?

– Renesans był w moim domu. Renesans uosabiali w nim moi Rodzice, ciekawi świata, zachwyceni sztuką, zgłębiający prawo i literaturę, pasjonujący się historią, polityką, oglądający filmy, tworzący lokalne życie i struktury samorządowe, działający na rzecz innych często bezinteresownie, w końcu kochający zwierzęta, naturę, żartujący z siebie i innych, pragnący zawsze działać i być w ruchu, umiejący radzić sobie z trudnymi problemami, ale i kreatywnie myślący i widzący życie jako możliwość do pokonywania problemów własną myślą i umiejetnością. Mój dom był taki, i był przepełniony muzyką i sztuką, która mnie wychowywała.

Dlatego ja to przejąłem na polu muzyki i twórczości własnej w zakresie potrzebnym do wydobycia jej z mojego studio i przekazania innym za pośrednictwem współczesnych mediów i możliwości, jakie dają dzisiejsze urządzenia, technika, miniaturyzacja i digitalność. To wszystko co robię jest efektem ustawicznego zgłębiania możliwości i bycia na bieżąco z rozwojem technicznym, który jest mi dostępny, na tyle, na ile to dzisiaj cywila możliwe. Lubię to, bo to jest moja pasja, hobby, praca zawodowa, i wszystko to razem wzięte daje taki efekt.

Pana recepta na sukces to ciężka praca i właściwa kobieta u boku?

– Na pewno taka osoba, którą można i kochać i jej zaufać. Która z miłością nas doceni ale i skrytykuje, i podpowie, pokaże co możemy jeszcze poprawić w ramach możliwości, które mamy, lub do których dojść możemy. Nic ponadludzkiego, ale to bardzo ważne. No i wytężona praca, oczywiście, bez niej niczego nie można osiągnąć. Samo szczęście w miłości, szczęścia nie da w muzyce, ani żadnej innej pracy.

A więc Pana żona Silke to taki Pan dobry duch? Partnerka, który daje Panu możliwość tworzenia i opiekę? Żona jest w Pana bardzo wpatrzona, co było widać w Wadowicach i w Warszawie, jaką pełni role u Pana boku?

– Silke jest moim największym przyjacielem na Ziemi. Mamy ten sam zawód, ona uczy muzyki i matematyki, dyryguje orkiestrami i chórami, ja tworzę, gram, koncertuję, uczę i robię to wszystko o czym wyżej, i pomagam jej też w próbach z orkiestrą, dla której także komponuję. Uzupełniamy się życiowym doświadczeniem i doświadczaniem zawodowym, ale przecież to nie oznacza, że ludzie nie mogą tak samo osiągać sukcesów u boku partnerów o zupełnie innych ambicjach i kierunkach zawodowych. Gdzieś musi być jednak ta głęboka nić porozumienia, coś ich musi bardzo silnie łączyć. Nas łączy nieznośna lekkość bytu, która jest naszym oddechem dla ciężkiej pracy przy muzyce.

Datę wstępnej premiery nowej płyty „Polskie melodie, vol. 2” już znamy, to luty 2018 roku. Jednak słyszałem, że planuje Pan zagrać w przyszłym roku co najmniej 2 koncerty w Polsce, czy możemy zdradzić, gdzie będą ci szczęśliwcy i wybrańcy?

– Jeszcze nie zdradzajmy, dopóki wszystko się nie ułoży tak jak sobie tego życzymy. Planujemy z pewnością kolejne wykonanie „Co mu w Duszy Gralo” i znowu w Galicji, być może w wielkim Sanktuarium na Łagiewnikach. Planujemy The Koln Concert Keitha Jarretta, i także na południu Polski, ma być piękny koncert – powtórne wykonanie „Niezwyciężonego” w Wadowicach, i to są z pewnością koncerty wielkie. Mam także kolejne zaproszenie do Belwederu na rok przyszły, jesienią, w ogóle koncertów może być więcej i wielkich, bo rok nadchodzący będzie dla Polski rokiem nadzwyczajnym. Obchody 100-lecia odzyskania niepodległości Rzeczypospolitej Polskiej to właśnie rok 2018. Może się bardzo wiele wydarzyć i mam nadzieję, że będę mógł ten rok obchodzić wraz z Polską grając dla Rodaków. Wszystko przed nami. na pewno mogę już zaprosić na kolejne wykonanie The Koln Koncert do Planetarium w Bochum, 5 maja 2018, gdzie zostałem zaproszony przez tamtejszy uniwersytet i Planetarium. To będzie kolejne niezwykłe wydarzenie.

Plany znamy, ale nie byłbym sobą, gdybym nie zapytał: komu i za co chciałby Pan podziękować na koniec tego 2017 roku?

– Dziękuję Bogu i Opatrzności za to, że nade mną czuwają i dali mi dotrwać szczęśliwie, mimo wielu przewrotnych trudności prawie do jego końca. Dziękuję Wadowiczanom i wszystkim ludziom dobrej woli i wspaniałego serca, a zwłaszcza dzieciom niepełnosprawnym za zaproszenie mnie na ten koncert do Wadowic, dziękuję mej Żonie i wszystkim wspaniałym kobietom, zaś szczególnie mej wspaniałej Mamie, której pomoc i otucha zawsze mnie bardzo buduje za to, że były ze mną, gdy je o to prosiłem, duchowo i realnie. Dziękuję szczęściu, że mnie nie opuszcza i obiecuję, że nie dam mu odejść po próżnicy, skoro już chciało żebym mógł się nim trochę nacieszyć. To był bardzo dobry rok.

Czego mogę Panu życzyć? Ma Pan jakieś ukryte marzenia związane z nadchodzącym wielkimi krokami Nowym Rokiem? A może Pan marzy o jakimś szczególnym prezencie od Dzieciątka Jezus w tą wigilijną noc?

– Marzę o chwili spokoju, o tych dwóch dniach Świąt Bożego Narodzenia, bez troski o kolejny dzień, o chwili wytchnienia i radości. Marzę o tym żeby i Polska na chwilę przestała tak wrzeć i ludzie popatrzyli na siebie jak na bliższe sobie osoby, z którym przyszło im żyć i iść przez ten świat. Idziemy dalej, prawda? Więc chodźmy!

Dziękuję za rozmowę, to dobre podsumowanie.

Z Tomaszem Trzcińskim rozmawiał Krzysztof Sitko - pressmania.pl