Kategorie:
Nowiny
Ze Świata
Z Polski
Z Australii
Polonijne
Nauka
Religia
 

Archiwum:

Reklama:

 
9 wrzesnia 2017
Żywot Tadeusza Kościuszki skreślony ręką jego z zaświatów
Justyna Oszust lat 16, Publiczne Gimnazjum w Czarnej

Kościuszko jako pacholę
Od Redakcji: Wyniki Międzynarodowego Konkursu "Kościuszko Bicentenary" ogłoszone zostaną 3 października br. w Sydney.Tego dnia poznamy naszych laureatów. Tymczasem, metodą losowania, z wielkiego stosu opowiadań oraz wierszy nadesłanych na konkurs wyciagamy i publikujemy ten oto utwór.

Ponoć byłem tak silną i niezwykłą indywidualnością, że już za życia mojego starano się skreślić mą biografię, na pamiątkę dla potomnych. I oto minęło lat 200 od mojej śmierci, zjawiam się przeto w Roku Pańskim 2017, wezwany do raportu przez Polonię australijską, która zamyśliła sobie przypomnieć mą skromną osobę poprzez jakowyś konkurs. A kto mnie znać będzie lepiej niż ja sam? Baczył zatem będę na pióro Justynki, która oto postanowiła coś o mnie skreślić; oby chęć wzbogacenia się nie była u niej najważniejsza…

U zarania życia mego zaczęły się kłopoty, bo oto dokładna data moich narodzin nie była znana. Wiem jeno na pewno, że dostałem trzy imiona, a trzymało mnie czterech chrzestnych. Byłem najmłodszym, czwartym dzieckiem Ludwika i Tekli. Przodkowie moi wywodzili się ze spolszczonej białoruskiej szlachty Kostiuszko. Będąc 9-letnim pacholęciem wysłany zostałem z bratem Józkiem do szkoły pijarów, z wpisowym w kwocie 3,10zł. Uczyłem się gramatyki, syntaktyki, poetyki i retoryki. Wyniki w nauce miałem dobre, ale ktoś puścił plotkę, że repetowałem! Gdy zmarł ojciec mój, mama zabrała nas ze szkoły, bo z finansami zrobiło się krucho, choć była bardzo zaradna, zarządzając Siechnowiczami.

Ponoć biografowie załamywali ręce, niewiele o mnie wiedząc. Podają, że moją ulubioną lekturą były „Żywoty sławnych mężów” Neposa. Faktycznie, zaczytywałem się w dowcipnych biografiach słynnych wodzów. To była ówczesna, klasyczna lektura szkolna. Musiałem je czytać po łacinie, a ta przydała mi się, gdy ruszyłem w świat. Gdy król Poniatowski założył w 1765r. Szkołę Rycerską Kadetów Jego Królewskiej Mości miałem 19 lat i przyjęto mnie doń. Podobno zapisano mnie tam po znajomości, ale wtedy o tym nie wiedziałem. Uczono mnie tam przedmiotów wojskowych, rzecz jasna, ale także ogólnych, architektury, matematyki, fortyfikacji, historii, geografii, geometrii, nauk moralnych, ekonomii, francuskiego i niemieckiego, rysunków, fechtunku i woltyżerki oraz… tańców. Nauczycielami byli głównie obcokrajowcy. Co Wy na to, moi rówieśnicy z XXI wieku?

Ceremoniał przyjęcia mnie był wielce złożony, po prezentacji składałem przyrzeczenie, potem wszyscy mnie ściskali, a następnie zdawałem egzamin. Nazajutrz wypytywano mnie, miarkując, czym zdrowy na umyśle. Następowała ceremonia obłóczyn w długi mundur i przypasanie pałasza. Potem znów było ślubowanie, że Korpusu Kadetów nie zawstydzę, nie zgorszę i nie zaniedbam obowiązków moich. Wieczorem była „uciecha” na koszt korpusu. „Fasowałem” siennik, prześcieradło, gruby koc wełniany, worek pod głowę oraz bieliznę i mundur codzienny (wasz strój wygląda przy moim nędznie, a już obecne fryzury wołają o pomstę do nieba).


Konrad Rysz: Tadeusz Kościuszko jako kadet

Każda sala do spania przedzielona była przegrodami ze sztachet. Pośrodku spał opiekun, gotowy w każdej chwili nas skontrolować, gdyż lampa paliła się całą noc. W centrum stał także piec, a obok naczynia do mycia. O 6 rano była pobudka, w niedzielę i święta o 7. Wasz budzik zastępował bęben i fujarka. Na toaletę i ubranie trzy kwadranse. Po przeglądzie szliśmy na Mszę Św. Na śniadanie – chleb z masłem i kubek piwa (!).

O 8 bęben wołał na lekcje. Ponoć Wy także schodzicie się do szkoły w tenże sam czas. O 11:45 była zmiana warty. 12:00 – obiad złożony z trzech dań, ale najpierw cicha modlitwa po łacinie. Odczytywano 6 zasad zachowania się przy stole, które wisiały zawsze na ścianie. Nie wolno było:  łokciów na stół kłaść;
 w ustach widelcem przebierać;
 łyżki z ust wyjętej kłaść na półmisek i nią drugich traktować.

Gdzieś mi się podziały trzy zasady, ale te są chyba aktualne, moi mili. Podczas jedzenia jeden z kadetów czytał głośno polską gazetę. Do 14:00 był czas wolny, np. w ogrodzie. 14:00-17:00 lekcje (oprócz środy). Do wieczora repetycje – czyli powtarzanie wiedzy. 20:00 – kolacja składająca się z dwóch dań, po wieczerzy różne rozrywki. 21:30 – bęben bił na capstrzyk (apel wieczorny). 22:00 – krótkie bębnienie na ciszę nocną.

System kar był, a jakże, i obejmował: areszt, zakaz opuszczania terenu szkoły i przyjmowania wizyt, okresowy zakaz noszenia munduru, bardzo rzadko kary cielesne. 31 maja 1766r. zdawałem tygodniowy egzamin z matematyki praktycznej i fortyfikacji, wyróżniono mnie za sporządzenie ręcznych rysunków. Zachowały się moje dwa zeszyty z filozofii i religii. No dobrze, z ortografii nie byłem najlepszy. „Siebie samego zwyciężaj, największe zwycięstwo” – to moje motto.

Krąży o mnie historyjka: gdy chciałem wstać o 3:00 nad ranem, przywiązywałem sobie sznurek do lewej ręki, a jego koniec był za drzwiami. Stróż i palacz zarazem pociągając zań, budził mnie. By odpędzić sen, lubiłem myć się w zimnej wodzie.

Miałem przezwisko „Szwed”, bo ponoć byłem porywczy, żywy i uparty, miałem silne poczucie sprawiedliwości, nie bałem ująć się za obrażanym kolegą, czy pojedynkować. Po mojej śmierci, po otwarciu mego ciała i nabalsamowaniu spostrzeżono, że cała moja pierś okryta była głębokimi bliznami, noga poszarpana bagnetem, a głowa poraniona szablą pod Maciejowicami. Ale te rewelacje zdementował mój biograf, historyk wojskowości, Tadeusz Korzon.


20 XII 1766r. otrzymałem patent oficerski i przyjęto mnie do Korpusu Kadetów z płacą 72złp (zaiste, trzeba by pogłówkować, ile to na Wasze finanse). Po edukacji wojskowej awansowałem na kapitana z płacą 200 złp. Słowniki podają, gdziem bywał za żywota swego, już po szkołach: Warszawa-Francja-Stany Zjednoczone-Siechnowicze-Warszawa-Zielenice-Dubienka-Galicja-Lipsk-Francja-Drezno-Praga-Kraków-Racławice-Maciejowice-Petersburg-Stany Zjednoczone-Włochy-Szwajcaria-Kraków. Bóg wie, ile mię to kosztowało.

Gdym wrócił z Ameryki i nie udało mi się zdobyć etatu wojskowego, osiadłem na 5 lat w Siechnowiczach i gospodarzyłem czule. Toczenie w drewnie, to było, po Waszemu, moje hobby. W sieni zaś kuchnia, obok piekarnia z komorą. Dla sąsiadów swych byłem jedynym wzorem – tak uważał Soroka. Korzon zaś miał mi za złe, generałowi naonczas, że starłem się wydatnie polepszać dolę swych chłopów. Decyzyje moje, według mego biografa, wpłynęły na zmniejszenie plonów w gospodarstwie. Bóg osądzi, czym robił dobrze. Był ja bardziej nawykły do szabli, niżeli do pługa. A i kochliwy byłem niepomiernie w żywocie swoim.

Będąc już na kwaterze jako generał wojsk koronnych we Włocławku, jeszcze żem się czuł jako szlachcic na zagrodzie. Nie chwaląc się, bo cóż mi teraz z pochwał, gdym w niebiesiech, wspomnę jeno fakt, żem chyba jedyny z Lechitów z amerykańskim orderem cyncynata i francuskim obywatelstwem honorowym. Nie zdołał ja jeno zmóc oporu szlachty, ale z tego będę się już tłumaczył na Boskim Sądzie, nie Wam.

PS. Wspominając żywot mój, posiłkowałem się pozycją Szyndlera*, bo któż to wszystko by spamiętał, a jemu za to zapłacili, to i spisał.

==============================================

*) mowa o Bartłomieju Szyndlerze, autorze znanej biografii "Tadeusz Kościuszko 1746-1817" wydanej w zamierzchłym roku 1991.