Kategorie:
Nowiny
Ze Świata
Z Polski
Z Australii
Polonijne
Nauka
Religia
 

Archiwum:

Reklama:

 
25 lutego 2011
Warszawa da się lubić
Andrzej Siedlecki - tekst i zdjęcia

Kiedy byłem dzieckiem, Tata warszawiak podśpiewywał ciągle piosneczkę „Warszawa da się lubić”. Sens tych słów pozostał we mnie. Lubię odwiedzać stolicę, a wtedy przypomina mi się, jak - ćwicząc odporność - maszerowałem przez most w mroźne poranki do mojej wspaniałej „budy” na Miodowej, do szkoły niezwykłej - Państwowego Liceum Techniki Teatralnej, kształcącej znakomitych techników teatralnych. A potem, po 5 latach znów szedłem Miodową do Szkoły Teatralnej. Były dni, że Zamek i budynki Starego Miasta wynurzały się z mgły, przeświecało słońce i było bardzo pięknie.

Teraz jak przyjeżdżam z Sydney, to wracam do ulubionego Starego Miasta i czarujących małych uliczek, których niestety, spokój i czar zakłócają wrzaskami i obecnością szumowiny miejskie. Panoszą się od wczesnego rana pod sklepem z alkoholem, a nierzadko też popijają trunki pod parasolami jeszcze zamkniętych restauracji. A na Rynku, psuje miły obraz, siedzący na trotuarze jakiś półnagi, młody facet, zbierający pieniądze do tekturowego pudełka. Ale kiedy już się wyjdzie na Trakt Królewski jest lepiej, choć i tu zaczepia mnie „trunkowy” z butelką w ręce, prosi o pieniądze i nie daje spokoju, mówiąc szczerze, że inaczej nie może, aż mój syn interweniuje -„Odczep się od mojego ojca!”- krzyczy zdenerwowany. Jest po raz pierwszy w Warszawie, chcę mu pokazać piękno miasta.

I oto rozlega się muzyka, co „łagodzi obyczaje”. Rozpoznaję Chopina. Grające ławki, to piękny pomysł i prezent dla spacerowiczów. Nie wszystkie już grają, ale kiedy grają, to dusza się weseli. Przyjemnie jest patrzeć na młodych, uśmiechniętych i dobrze ubranych ludzi, których nie powstydziłyby się europejskie stolice. Zniknęła dawniejsza szarość i ortaliony. Ale coś niebywałego pozostało! Chcę kupić spodnie w pewnym sklepie. Ale okazuje się, że jestem niepożądanym klientem, sprzedawczyni niechętnie i niegrzecznie odpowiada na pytania, zajmuje się czymś innym i wydaje się, że jej zupełnie nie interesuję. Mierzę jednak spodnie, niechętnie przynosi inne rozmiary, wreszcie coś znajduję, płacę, a na moją uwagę, że mogłaby mi bardziej pomóc, bo przecież sam rozebrany nie mogę przynieść sobie spodni, słyszę „Więcej Pana nie obsłużę! Wynocha”! No cóż, zły dzień! Za to w Złotych Tarasach, gdzie prym wiodą młodzi, obsługa uśmiechnięta i życzliwa, dobrze wytrenowana, bo każdy klient, to biznes. Więc frontem do klienta! I warszawscy taksówkarze, z którymi jeździłem byli też eleganccy, pomocni i nierzadko mnie przestrzegali przed „taksówkowymi łupieżcami”.


Grająca ławka


Wnętrze Hotelu Chopin

Mam ogólne wrażenie, że w ogóle ludzie są jakby mniej zestresowani, weselsi, więc przyjemnie jest na nich popatrzeć. Młodzież jest pełna werwy, energiczna, otwarta. Z rzadka tylko słyszę jakieś głośne przekleństwa, które porażają mnie brutalnością i brakiem wstydu. Zdziwiony jestem wszechobecnością różnych „mundurowych”, których też nie brakuje na Starym Mieście. Wzbudzają we mnie strach, a przecież mam się czuć bezpieczny, ale paradoksalnie wcale się tak nie czuję i rozglądam się, czy coś mnie nie grozi. Jacyś turyści japońscy zaniepokojeni pytają mojej żony, czy coś się stało. Nigdzie w Europie policji na ulicach nie widać, szczególnie w miejscach turystycznych. Podobno w Brazylii turyści mają opiekę policjantów, chodzących za nimi krok w krok. Czy nam coś grozi? Japońscy turyści robią mundurowym zdjęcia, pewnie opowiedzą o tym swoim znajomym.

Jesteśmy właśnie po wizycie w dworku Chopina w Żelazowej Woli, gdzie zamiast dawniejszej, kameralnej atmosfery epoki, znajdujemy w środku ogołocone z mebli, „suche”, smutne wnętrza, wypełnione technologią i nowoczesnością. Atmosfera epoki wyparowała. Tłumaczą nam, że meble zabrano do muzeum w Warszawie. Pozostaje muzyka z płyty kompaktowej i ładnie utrzymany ogród. Niestety, żadnego wrażenia, żadnego zatopienia się w innej rzeczywistości, może w parku, ale tu panoszy się kawiarnia, na zewnątrz restauracja i pamiątkarskie sklepiki. Jakby zupełny brak proporcji między sednem sprawy, a zewnętrznymi, aczkolwiek potrzebnymi dodatkami.


Muzeum Chopina


Żona w Muzeum Chopina

Chcę pokazać żonie, Japonce, polonofilce miłującej Chopina, jak i jej krajanom, niedawno otwarte, nowoczesne Muzeum Chopina, sądząc, że tam, w barokowym pałacyku odnajdziemy czar i tradycyjny styl epoki. Żona zwraca uwagę, że łatwo jest znaleźć Muzeum, bo droga jest dobrze oznakowana. Trudno jednak dostać się do środka: trzeba przyjść i zamówić wizytę, a potem jeszcze raz przyjść, by zanurzyć się w informacjach i znów w technologii. Cieszy jednak, że tak dużo jest zwiedzających. Syn uważa, że ograniczenie liczby odwiedzających muzeum jest dobre, bo nie ma tłoku i można się swobodnie poruszać po salach. Ludzie oglądają, ale z rzadka pozostają dłużej przy rozwlekłych opisach. Na muzeum na pewno trzeba poświęcić trochę więcej czasu, by przetrawić ten barok ciekawych informacji. Żona mówi, że muzeum nie może być tylko książką z informacjami, których nikt nie jest w stanie dokładnie przeczytać i twierdzi, że tu też nie znalazła stylu epoki, który bardzo lubi. A to, co jest informacją, świetnie zna.

Przywołuje pamięcią atmosferę w Hotel Chopin w Paryżu, który specjalnie wybraliśmy w drodze do Warszawy. Tam zachowano styl i atmosferę miejsca, zabrakło nam tylko do wnętrza długiej sukni i tużurka. Tu w okolicy podobno spacerował Chopin z George Sand, a w cukierni obok jest nawet ciastko „polonaise”. Natomiast w pałacyku bardzo podoba się jej sala, gdzie można posłuchać, czy to walców, czy nokturnów, czy mazurków. Ale naprawdę jest to niezwykle piękne i obfite w ciekawe rozwiązania muzeum, iskrzące się świetnymi technologicznie pomysłami i sprawiające niezwykłe wrażenie na zwiedzających. Pozostaje w pamięci i możemy być z niego dumni. Odwiedzam też mój rodzinny Żoliborz - nie mogę przecież o nim nie wspomnieć - pięknie się rozwija, domy ma odnowione, piękne kwietniki, a w zanadrzu bardzo interesujące projekty kulturalne. Wspominam także miłą wizytę w bibliotece przy Teatrze Komedia, gdzie w pięknej sali miałem świetnie zorganizowane spotkanie z czytelnikami.


Ciastko Polonaise


Ogród i dworek w Żelazowej Woli

Więc wracam sentymentalnie na Żoliborz i znów na Trakt, gdzie za dawnych czasów spacerowałem z kolegami, wstępując na kawę w czasie przerw na studiach. Dobrze, że nie ma tu reklam przysłaniających dawną architekturę. To świetny pomysł, by w dni wolne od pracy zamknąć Trakt dla ruchu i oddać go w posiadanie spacerowiczom, i turystom, chętnie kupującym na stoiskach różne wypieki, sery, staropolskie kiełbasy, pamiątki... czy świetnie ukiszone ogórki, którymi mój syn w Warszawie się zajadał. Stolica w wielu miejscach bardzo nam wypiękniała i na pewno będzie jeszcze piękniejsza. Więc niedługo znów do niej wrócimy, bo „Warszawa da się lubić”. Tata miał rację.

Andrzej Siedlecki, wrzesień, 2010


Warszawska Starówka


Stoisko na Trakcie Królewskim


Straż miejska

Andrzej Siedlecki, wykładowca/koordynator Polish Studies, Macquarie University, Sydney. Aktor, reżyser. Autor książek: „Sekrety techniki aktorskiej-Jak uczyć?”, i „Być aktorem, Podstawy techniki aktorskiej, Teatr, Film, Telewizja, Radio”. Wydawnictwo FOSZE.